Ekipa „Naszlakuwkajaku” na wiosenny spływ po Wisłoku organizowany w dniach 17- 19 kwietnia 2015r. zawiązała się ostatecznie w drodze składanych Andrzejowi w tygodniu poprzedzającym imprezę solennych zapewnień. W skład drużyny zatem weszli: Andrzej w charakterze tzw. głowy i Ewa, Basia, Sławek, Robert, Leszek oraz Stasio jako „członki” organizmu. My, tj. Andrzej, Stasio i Robert ruszyliśmy z kopyta do miejsca przeznaczenia wczesnym piątkowym popołudniem z Puław firmowym zestawem/ fura plus kajaki na przyczepie w ilości znanej Andrzejowi/ nizając po drodze niczym koraliki resztę bractwa, a więc Lecha, Sławka, oraz Ewę i Basię z Lublinia, gdzie mieszkają. Między Lublinem a Rzeszowem ujawniło się, że ubogaceniem ekipy wedle zamysłów Andrzeja miał być jeszcze wirtuoz skrzypiec Romek, który jednak telefonicznie wypisał się Andrzejowi na odcinku drogi gdzieś między Niskiem i Rzeszowem, wybierając pilne prace wiosenno-porządkowe w rodzinnym gnieździe. Ekipa czuła się jednak dobrze, a 7 to liczba ważna i wedle uznanego porządku szczęśliwa. Kilometry mijały szybko, zgodnie z tym jak połykał je, doceniając standard szosy, andrzejowy benzyną karmiony wielokoń mechaniczny marki Peugeot, aż do Rzeszowa. Dalej było trudniej bo droga do Krosna wiła się po podkarpackich pagórach, zaległa ciemność późnego kwietniowego wieczoru, a ruch pojazdów w obie strony świadczył o nadchodzącym „łikendzie”. W pewnym momencie, już po 21, rozmyślając o umykających nam przyjemnościach imprezy powitalnej zapowiedzianej w programie spływu ujrzeliśmy zza zakrętu wynurzający się obraz pięknie oświetlonego kościoła, który najpierw zdawał się być na wysokości po której biegła szosa, później zaś, kiedy jak się okazało szosa zeszła sobie w dół w swym przebiegu, w istocie wyniośle panował nad okolicą usytuowany dumnie na wzgórzu, na którym ufundowano w przeszłości miejscowość Frysztak. Oczywiście tego w chwili przejeżdżania jeszcze nie wiedzieliśmy. Podziwiamy pięknie oświetlony kościół lecz rzeczywistość skrzeczy i dopomina się byśmy wiedzieli gdzie znajduje się szkoła w Kobylu stanowiąca cel podróży. I właśnie w tym momencie przed oczami pojawia się drogowskaz z napisem Kobyle 2 km nakazujący skręcić w boczna drogę pod kątem 120 stopni. Manewr wykonany zręcznie przez Andrzeja i po chwili, po przejechaniu przez most, jak domyślamy się inteligentnie na Wisłoku, jesteśmy pod niewielkim podjazdem, u szczytu którego jawi się znużonym oczom wędrowców zarys niewielkiego stylowego budynku, później się okazało, że byłej szkoły podstawowej w Kobylu o 100-letniej historii, z którego trzewi słychać gwar dobrze naoliwionych głosów. Drzwi z boku budynku od strony rzeki prowadzą nas do rzęsiście oświetlonej sali, pełnej radośnie nastawionych do życia biesiadników. Przedstawiciel organizatora wskazuje nam duże wolne pomieszczenie w pobliżu wyjścia z wygodną, podłogą do zajęcia i zagospodarowania jako nasze miejsce pobytowe. Dwa otwory okienne od strony sąsiadującej kuchni zaświadczają, że to dawna stołówka szkolna. Jest czysto, sucho i w miarę ciepło, wybieramy swoje kąty, składamy manele i dołączamy do biesiady, przecież trzeba zjeść kolację, poznać innych i dać się poznać. Emocjonalnie okazujemy się niezdolni do zatopienia się w klimaty rozpędzonej zabawy więc w miarę szybko podejmujemy, każdy suwerennie, decyzję o udaniu się spać, bo wszak jak mówi pewien klasyk „ Trzeba spać bo do pracy trzeba wstać”. Dopada nas sen, jednego lepiej drugiego gorzej, kołysani przenikającą przez wszystkie ściany i sufity melodią piosenki „ Będzie zabawa…” płynącą długo w noc z siłą tsunami z sali biesiadnej. Aha, Ewa i Basia wybrały sobie po krótkim namyśle na leże Peugeota. W sobotę od rana dominuje atmosfera czekającej nas przygody. Wąskim gardłem okazuje się być jedynie kibelek gdzie kwitnie życie towarzyskie, w niewielkich w końcu kolejkach. Jeden z czekających nawiązując zgrabnie do sytuacji, rzuca dowcip o tym jak to właśnie, wypisz-wymaluj, ubikacja jest zajęta przez dłuższy czas, a jeden z kolejkowiczów zmagając się z mdłym ciałem woła poprzez drzwi „ Czy może Pan się streścić bo nie wytrzymam” na co z pomieszczenia poprzez stęknięcie dobiegają słowa „ Ale szczęśliwiec”. Jak widać humory dopisują i w końcu wszyscy przenoszą się środkami lokomocji do Krosna na wyznaczone miejsce otwarcia spływu i startu, znaj- dujące się na nadrzecznych błoniach prawego brzegu Wisłoka. Są organizatorzy, jest telewizja, pojawiają się oficjele, impreza zostaje otwarta o 10 oo i pada komenda do startu. Płyniemy z Krosna do Frysztaku na dystansie 31 km. Chłodno, wiatr goni bure chmury ale nie pada. Nastawieni taktycznie przez Andrzeja ruszamy jako jedni z pierwszych za pilotem z nurtem rzeki, od początku tu i tam bystrzącym po kamieniach. Wiatr dmucha cały czas prosto w twarz, co jakiś czas kamienne progi, z którymi sobie radzimy prowadzeni nieomylnie przez pilota prowadzącego oraz instynkt i „ czytanie” rzeki, która płynie sobie wyżłobionym korytem. Granica wyznaczana zgodnie z regulaminem spływu przez pozycję kajaka pilota prowadzącego nie pozwala nam się nadmiernie męczyć. Urozmaiceniem są „ bystrza”. I tak przez 4 godziny niesieni nurtem rzeki i pracą mięśni mijając co jakiś czas mosty, na których niezmiennie pojawia się ekipa miejscowej tv, życzliwie nagrywająca przebieg spływu, dopływamy zaraz po 14 00 do wyznaczonego przez sędziów miejsca przed mostem, na lewym brzegu Wisłoka, na wysokości miejscowości Frysztak jak również Kobyla, w którym kwaterujemy. Aha, Leszek dopływa po godzinie bo podobno nieustannie udzielał po drodze wywiadów telewizyjnych, a poza tym był wiatr, a Leszek ma zasadę, że jak jest wiatr to w zasadzie nie wiosłuje. Sklarowane kajaki zostały nad rzeką czekając na to aż Andrzej ściągnie Peugeota z Krosna, a my poszliśmy cieszyć się gorącym posiłkiem przygotowanym przez organizatorów w postaci bardzo smacznego, rzeczywiście gorącego żurku z solidną wkładką. Na sobotnim etapie miał się odbyć wyścig na czas na dystansie 8 km, do którego jednak nie doszło z powodu zajęć jakie spadły na organizatorów za przyczyną licznych, jak się okazało, niegroźnych w skutkach wywrotek mniej doświadczonych albo słabszych kondycyjnie lub bardziej pechowych osad płynących w ogonie spływu, który to ogon okazał się być bardzo długi skoro rozciągnął się na przestrzeni 3 godzin oraz jednego poważnego jak się zdawało incydentu dotyczącego rzekomego zaginięcia w nurtach rzeki uczestniczki osady dwójkowej podczas wywrotki. Sprawa wydawała się na tyle poważna, że interweniowało 9 jednostek straży pożarnej, policja przy udziale 3 prokuratorów z Krosna, nadaremnie albowiem wyjaśniło się w końcu, że „zgubiona” uczestniczka poszła sobie do brzegu, a następnie samochodem, który sobie ściągnęła/ mieszkała niedaleko/ pojechała do domu, honorowo, a głupio nikogo o tym nie informując. O wszystkim dowiedzieliśmy się później. Po południu całą ekipą skorzystaliśmy z oferty programowej organizatora i pojechaliśmy oglądać od zewnątrz i od wewnątrz w Stempinie nad Stempinką, niedaleko od Frysztaku bunkier kolejowy wybudowany w 1940r. przez Niemców przygotowujących się do wojny z Rosją Sowiecką, o którego historii treściwie i sympatycznie opowiadał nam gospodarz-przewodnik. Porządnie zmarznięci, bo bunkier jest w chwili obecnej przede wszystkim gigantyczną lodówką po powrocie chętnie raczyliśmy się herbatą. Dzień zakończył się atrakcją programową w postaci ogniska, pieczonych na ruszcie kiełbasek i krupnioków oraz tacy z pierwszorzędnymi, zasponsorowanymi, innymi wyrobami wędliniarskimi, z których najsmaczniejszy był faszerowany boczek. Po ognisku kto chciał to poszedł spać, a kto nie, jeszcze długo w noc raczył się przy stole i balował w rytm „ Będzie zabawa..” i podobnie upojnych tanecznie. Do niedzielnego, kończącego spływ etapu z Frysztaku do Strzyżowa liczącego sobie 19 km startujemy po 9 00 w formule wyścigu na czas na dystansie 4 km/ to było chyba do drugiego mostu/ by później spłynąć w kierunku wyznaczonej mety. Wszyscy uczestnicy II etapu szczęśliwie dotarli do Strzyżowa gdzie po sklarowaniu kajaków przez wszystkie osady i wymianie koła na zapasowe w samochodzie jednego uczestnika miało miejsce w nadrzecznej restauracji, zaprzyjaźnionej z organizatorami uroczyste ogłoszenie wyników rozegranego wyścigu oraz zamknięcie imprezy z udziałem wójta z Frysztaku, który przyrzekł wystartować w spływie za rok. Nasza drużyna ma się czym chwalić. Zgarnęliśmy dwa drugie miejsca / Andrzej i Basia/ i jedno trzecie / Ewa/ w jedynkach oraz zajęliśmy trzecie miejsce drużynowo co przełożyło się praktycznie na medale i inne trofea, nie wspominając o nieśmiertelnej sławie. Syci wrażeń i bogaci w splendory wyruszyliśmy w deszczu, który zaczął padać po 15 00 w drogę powrotną, tym razem najpierw po podkarpackich pagórach, a później już za Rzeszowem po Wyżynie Lubelskiej. Andrzej „koraliki” rozsypywał w odwrotnej kolejności niż w tamtą stronę. Ostateczne rozwiązanie drużyny nastąpiło po 20 00. Finis coronat opus, co było do udowodnienia. Do zobaczenia na szlaku w kajaku drużyno „Naszlakuwkajaku”. Ahoj!
Podsumowanie. Zabawa była przednia, kto nie był niech żałuje. Degustowałem pierwszy raz „Proziaki”. Brawa dla organizatorów za trud i wysiłek. Wypadło na duże PIĘĆ. Chyba, że 31 + 19 = 51km. (metry też nabijają kilometry). Tyle oficjalnie przepłynęliśmy. Drużyna, która trzymała się dzielnie ……. w kajaku okazała się czarnym koniem zawodów. Za rok będzie trudniej startować w roli faworytów.
Kontynuując korzystanie ze strony, wyrażasz zgodę na korzystanie z plików cookie. Polityka prywatności link do informacji (kliknij na napis) ZOBACZ SZCZEGÓŁY
The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.